Dawno temu, po morskich wodach Bałtyku, rycerz von Numers powracał z krucjaty. Po wielu miesiącach pełnych bitew, trudów i wyzwań, myślał już tylko o powrocie do domu i o narzeczonej, którą pozostawił w rodzinnych stronach.
Miał już dość zabijania, piachu i spania w namiocie. Wioząc ze sobą skarby zdobyte w Ziemi Świętej, nie spodziewał się, nawet przez głowę nie przeszło mu, że los przygotował dla niego kolejny, nieoczekiwany zwrot.
A był już tak blisko domu i swojej ukochanej.
Gdy nagle nadciągnęła potężna burza, morze rozszalało się, a jego statek zatonął w odmętach. Wzburzone fale pochłonęły skarby, broń i towarzyszy rycerza.
Pozostał mu jedynie wielki pierścień, który zdjął z palca zabitego Saracena – znacznej postaci, sądząc po jego pięknym koniu arabskim, uzbrojeniu i jedwabnym ubraniu.
Samotny i niemal bez nadziei, von Numers poczuł bliskość śmierci w lodowatych wodach Bałtyku. W akcie desperacji, obrócił pierścień na swoim palcu.
Jak się okazało, pierścień ten miał moc przywoływania Dżina, który przysyłał pomoc. Woda wokół rycerza zabulgotała, a po chwili ukazała się przed nim syrenka o twarzy pięknej kobiety. Nie był pewny, czy widzi zjawę , czy przed śmiercią ukazała mu się jego ukochana.
— Uratuj mnie! — wyszeptał wycieńczony rycerz.
Syrenka, bez słowa, wyniosła go z otchłani morskich na bezpieczny brzeg. Gdy rycerz w końcu stanął na twardej ziemi, syrenka przemówiła:
— Wrzuć pierścień do morza. A na pamiątkę naszego spotkania, co roku przynoś w to miejsce bukiet róż.
Von Numers, wdzięczny za uratowanie życia, obiecał spełnić jej prośbę. Od tamtej pory, każdego roku powracał na tę samą plażę, by złożyć świeże róże w miejscu, gdzie syrenka ocaliła mu życie.
Legenda ta przetrwała wieki, a rodzina rycerza von Numers, na cześć syrenki i jej niezwykłego daru, przyjęła jako swój herb wizerunek syrenki z trzema różami, symbolizującymi miłość, wdzięczność i życie.
Legenda o rycerzu i syrence z różami krąży po pomorskich miejscowościach opowiadana dzieciom przez ich rodziców. Czy tak było naprawdę? Nie wiadomo. Pewnym jest, że rodzina von Numers mieszka na terenie obecnej Szwecji i posługuje się herbem z syrenką trzymającą trzy róże.

Anastazjusz Tybuszewski
Dawno, dawno temu dwie siostry syrenki, a każda piękna i młoda zamieszkujące głębokie wody Atlantyku wybrały się na podwodny spacer.
Pływały, baraszkowały w wodzie, bawiły się w podwodnego berka i jakoś niepostrzeżenie oddaliły się od swojego podwodnego domu. Gdy zrobiło się późno postanowiły sprawdzić, gdzie są.
Jedna z nich wypłynęła na powierzchnię by sprawdzić czy bardzo oddaliły się od domu. Gdy wyjrzała, niebo było już granatowe, a na nim migotały wesoło gwiazdy.
Jesteśmy koło domu - powiedziała pierwsza syrenka do drugiej.
Niebo jest tak samo rozgwieżdżone jak koło naszego domu. Poczekamy na dnie do rana, a jak się rozwidni to wrócimy.
Jak uzgodniły, tak też zrobiły.
Nazajutrz, gdy tylko pierwsze promienie słońca rozświetliły mrok, syrenki wypłynęły na powierzchnię. Ich oczom ukazał się jednak nie widok znajomych okolic domu, lecz ląd obcy z jakimś portem przypominającym port w Kopenhadze.
Syrenki baraszkując pokonały Cieśniny Duńskie i nieopatrznie znalazły się na Bałtyku, skąd niełatwo wrócić na Atlantyk.
Sprawdźmy gdzie jesteśmy - ustaliły. Ja popłynę do portu i zapytam rybaków gdzie jesteśmy, a ty płyń na wschód i jak spotkasz kogoś to też zapytaj o drogę do domu.
Tak też zrobiły. Ta pierwsza o imieniu Lorelai wpłynęła w ciemne wody Renu i zabłądziła nie mogąc znaleźć drogi powrotnej do domu.
Siadała więc na przybrzeżnych skałach i przepięknie śpiewała. Rybacy i okoliczni mieszkańcy przekazywali sobie opowiadania o syrence Lorelai, które z czasem urosły do miana legendy.
Druga zaś syrenka popłynęła w kierunku ujścia do morza rzeki Wisła. Wpłynęła w jej słodkie wody i dopłynęła aż do dzisiejszej Warszawy.
Tu uwikłała się w konflikt z chytrym rybakiem i dzięki innemu rybakowi o wielkim sercu została uwolniona. Z wdzięczności za okazane współczucie i serce obiecała bronić miasta i biednych rybaków przed niesprawiedliwością. Stąd warszawska syrenka z tarczą i mieczem w dłoni.
Ta legenda sporo wyjaśnia, ale nie wyjaśnia wszystkiego. Nasuwa się wiele pytań i wątpliwości.
Czy ustecka syrenka to któraś z tych dwu zabłąkanych syren?
Czy to ona pomagała biednej wdowie Maruszy? Czy na imię miała Bryzga Rosowa? A ta z herbu szwedzkiej rodziny Numers?
Dlaczego trzyma róże? Czy dostała je od wdzięcznego za uratowanie od niechybnej śmierci w zimnych wodach Bałtyku rycerza von Numers wracającego z wyprawy lub wojny na statku, który w czasie sztormu zatonął na Bałtyku?
O tym dowiemy się już wkrótce.
Opowie nam tę historię legenda o syrence z różami.

Legenda o bałtyckich syrenkach - autor - Anastazjusz Tybuszewski
W czasach, gdy wody Bałtyku były jeszcze dzikie i nieujarzmione, na dnie tego morza żyły dwie syreny, których piękno i wdzięk opiewali wędrowni bardowie, a mieszkańcy Ustki i nadmorskich miejscowości opowiadali o nich w długie, zimowe wieczory.
Jedna z nich o imieniu Bryzga Rosowa zamieszkiwała ciepłe i spokojne wody w pobliżu Ustki, gdzie każdego poranka można było usłyszeć jej pieśń niosącą się wraz z wiatrem.
Druga syrenka o imieniu Lorelai królowała nad wodami blisko Cieśnin Duńskich, które łączyły Bałtyk z zimnymi wodami Atlantyku.
Niebezpieczeństwo, jakie nadciągnęło ze wschodnich głębin zmusiło syrenki do współpracy.
Tym niebezpieczeństwem i śmiertelnym zagrożeniem był Lewiatan - potwór morskich czeluści, który pojawił się w Bałtyku nie wiadomo skąd i siał postrach oraz zniszczenie.
Był on gigantycznym stworem morskim, o łuskach twardych jak stal i zębach ostrych jak brzytwy, które rozcinały nawet najgrubsze kraty, którymi mieszkańcy Ustki próbowali zabezpieczyć usteckie kąpielisko i plażę.
Jego pojawienie się zwiastowało jedynie zniszczenie – nikt, kto spotkał go na swej drodze, nie wracał żywy.
Lewiatan pływał po Bałtyku, powodując przerażenie wśród mieszkańców Ustki i innych nadmorskich miejscowości, zarówno ludzi, jak i istot morskich.
Jeśli zagościłby na dobre w Bałtyku, to morze stałoby się jego krwawym żerowiskiem na długo.
Syreny w niebezpieczeństwie

Bryzga Rosowa, najmądrzejsza z syren, szybko dowiedziała się o zagrożeniu. Wróżki morskie ostrzegły ją, że Lewiatan zmierza prosto ku jej ukochanym wodom.
Popłynęła więc w stronę Cieśnin Duńskich by naradzić się ze swoją siostrą syrenką Lorelai co należy uczynić, by pozbyć się potwora morskiego.
Wiedziała, że nie mogą mu stawić czoła bez przygotowania, a ucieczka była niemożliwa – potwór był szybszy i bardziej bezlitosny niż cokolwiek, co znały. Zwróciła się więc do swojej siostry Lorelai, której zdolności były legendarne.
Znana była przede wszystkim z władzy nad prądami morskimi i falami, potrafiła kontrolować wodę jak mało kto.
Razem opracowały plan. Bryzga, która słynęła ze swej zręczności i przebiegłości, postanowiła zmylić Lewiatana, prowadząc go na otwarte wody Atlantyku. Lorelai miała w tym pomóc, tworząc prądy, które miały skierować potwora w stronę cieśnin.
Wielka ucieczka
Gdy Lewiatan zbliżył się do brzegów Ustki, Bryzga zanurzyła się głęboko, po czym wypłynęła z ogromną prędkością, śpiewając piosenkę, której echo odbijało się od morskich fal.
Głos jej wabił potwora, który, słysząc melodię, ruszył za nią bez wahania, przekonany, że lada chwila dorwie i pożre swoją ofiarę.
Bryzga prowadziła go przez niespokojne wody Cieśnin Duńskich, zgrabnie unikając jego ataków, aż dotarli do zimnych wód Atlantyku. Tam Lorelai, zgodnie z planem, stworzyła potężne prądy, które zaczęły porywać Lewiatana w stronę pełnego morza.
Bestia wpadła w wir wód i nie mogła już zawrócić. Bryzga, która uciekała tak długo, czekała na odpowiedni moment, by zniknąć w falach, zostawiając potwora daleko za sobą.
Gdy Lewiatan znalazł się już na otwartych wodach Atlantyku, Bryzga i Lorelai połączyły swoje moce, zamykając cieśniny potężną barierą z prądów i fal, które Lewiatanowi nie pozwalały powrócić.
Spokojne Bałtyckie Wody
Po tej wielkiej bitwie o Bałtyk, obie syreny były wyczerpane, lecz ich plan zadziałał. Lewiatan nigdy więcej nie wrócił do Bałtyku, a jego ostre zęby nie zagrażały już wodnym istotom ani ludziom. Bryzga Rosowa pozostała w swoich ukochanych wodach wokół Ustki, gdzie jej pieśń można usłyszeć po dziś dzień niosącą się daleko po falach Bałtyku.
Lorelai zaś czuwa nad cieśninami, strzegąc ich przed wszelkim złem, które mogłoby próbować przedostać się do spokojnych wód.
Bałtyk, mimo swoich burz i sztormów, stał się dzięki nim bezpieczniejszym miejscem, a opowieść o dwóch syrenach, które stawiły czoła Lewiatanowi, przetrwała w legendach opowiadanych przez rybaków i marynarzy przez pokolenia.
Opowiedzieliśmy wam o tym jak dwie siostry syrenki przechytrzyły Lewiatana.
Anastazjusz Tybuszewski
by Bałtyk i okolice Ustki były miejscem spokojnym, bezpiecznym i wolnym od syrenkożerców.
Dawno, dawno temu - baśń zaczynałaby się tak - za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma lasami, a że to legenda, więc zaczyna się inaczej. A więc jeszcze raz.
Dawno, dawno temu, za siódmym morzem, a był to Bałtyku piękny brzeg, prawie tak piękny jak siódme niebo, piaszczysty, słoneczny, z refleksami światła odbijającego się od kawałków bursztynu leżącego tu i ówdzie.
Szumiały fale, śpiewały mewy, było bosko i sielsko. Aż tu nagle ciszę przerwał szum fal i wydobywające się z wody ogromne cielsko.

Był to krwiożerczy potwór Lewiatan - syrenojad ścigający ustecką syrenką Bryzgę Rosową by ją pożreć. Syrenka Bryzga Rosowa codziennie wychodziła z morza na brzeg i dawała łososia Maruszy Skopkowej - biednej wdowie, która wyczekując na powrót z rejsu swojego jedynego syna wypłakała oczy.
Lewiatan zauważył codzienną obecność syrenki w rejonie Ustki i tam na nią czatował. Syrenka jednak była zwinna i unikała zręcznie ataków krwiożerczego potwora. Ale zrobiło się jeszcze bardziej niebezpiecznie, gdy Lewiatan na stałe zaczął przebywać przy usteckiej plaży, by skutecznie zapolować na ustecką syrenkę.
Na szczęście wrócił z długiego rejsu syn Maruszy Skopkowej i syrenka już nie musiała codziennie wspomagać biednej wdowy. Postanowiła wywieźć w pole Lewiatana aż na Atlantyk, by Bałtyk był bezpiecznym miejscem. Pomyślała - wyprowadzę go płynąc mu koło nosa na Atlantyk przez Cieśniny Duńskie i Morze Północne, a potem wrócę do Ustki - bo tu jest moje miejsce.
Ciekawe czy moja siostra syrenka Lorelai uniknęła ostrych zębów potwora syrenkojada. Czy ten okropny potwór jej nie pożarł - martwiła się.
Pragnąc zrealizować swój plan pływała blisko brzegu i plaży w Ustce, a gdy drapieżny Lewiatan przypuszczał atak sprytnie unikała jego ostrych jak brzytwy zębów.
Tak wywiodła potwora w pole, a właściwie na Atlantyk i niepostrzeżenie wróciła do Ustki, bo tu jest jej ukochane miejsce do życia.
Tu żyła długo i szczęśliwie pląsając w wodzie i wygrzewając się na słońcu na usteckich plażach, które od tej pory są bezpieczne nie tylko dla syrenek, ale dla korzystających z uroków morskiej kąpieli wczasowiczów, turystów i mieszkańców Ustki.
Tak oto ustecka syrenka uratowała od nieszczęścia nie tylko siebie i swoją siostrę Lorelai, ale i niejednego z nas!
Teraz już wiesz Jak Bryzga Rosowa wyprowadziła Lewiatana na Atlantyk.
Anastazjusz Tybuszewski
by pilnować skarbu zakopanego koło rodowego cmentarza rodziny Below.
Tą legendę w nieco krótszej wersji opowiadali autochtoni z Redęcina, którzy w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku wyjechali do Niemiec, mnie opowiedziała mi moja mama podobnie jak i inne legendy.
Dawno, dawno temu w niespokojnych czasach wojen napoleońskich dziedzic Redęcina von Below walczył z najpierw atakującymi Prusy wojskami francuskimi, a później rozbijał grupki zmarzniętych i wygłodniałych uciekających przed armią carską Francuzów.
Jako emerytowany oficer pruski z racji wieku nie brał udziału w regularnych bitwach, ale kąsał najeźdźców wraz ze swoimi poddanymi sługami zabijając bez litości.
Pewnego razu patrolując wraz z wiernym sługą Fracem drogę wiodącą przez las ze Słupska do Sławna, zauważył na świeżym śniegu ślady.
Była noc, nikt przy zdrowych zmysłach nie wędruje w środku zimy o tej porze. Ruszyli więc po śladach wydobywszy wcześniej pistolety, a szable trzymając w pogotowiu.
Nie ujechali daleko, gdy zauważyli dwóch wspierających się o siebie i wlekących odmrożonymi nogami żołnierzy francuskich uciekających po sromotnej porażce nad Berezyną w Rosji. Odwrócili się w stronę nadjeżdżających - ich czarne od odmrożeń twarze oświetlił wychylający się zza chmur księżyc.
Nie zdążyli dobrze przyjrzeć się nadjeżdżającym, gdy rozległy się dwa strzały z pistoletu.
Below widząc francuskie mundury wystrzelił do nich bez namysłu.
W końcu nie bez powodu miał w herbie trzy ścięte tatarskie głowy, które jego przodek jednym cięciem miecza zdobył odpierając najazd oddziału tatarskiego na Redęcin.
Upadli na ziemię, a świeży śnieg zabarwił się koło nich na czerwono.
Przeszukaj ich Franc - powiedział Below do swojego sługi.
Mają jakąś sporą szkatułkę - pewnie trzymali w niej zrabowane Rosjanom kosztowności - powiedział Franc.
Below zsiadł z konia i zajrzał do skrzyneczki. Były tam przepiękne precjoza, wisiory, korale z pereł, pierścienie, bransolety i złote monety.
Wracamy do Redęcina - zarządził Below.
Skarby zdobyte na uciekających Francuzach nie będą w pałacu bezpieczne. Pomyślał dziedzic.
Jeszcze tej samej nocy wraz ze swoim wiernym sługą Francem poszli na położony naprzeciw pałacu rodowy cmentarz rodziny von Below i by nie naruszać spokoju zmarłych przodków wykopali obok sporej głębokości dół, w którym Franc złożył szkatułkę. Po zasypaniu dołka i zatarciu śladów ruszyli w stronę pałacu.
Franc szedł pierwszy by torować drogę swemu panu.
Franc - słuchaj no wierny sługo - powiedział Below.
Słucham panie powiedział Franc odwracając się. W tym momencie poczuł przeszywający ból w klatce piersiowej. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Osunął się na ziemię.
To Below starym niemieckim zwyczajem wsadził sztylet pod piąte żebro swojego sługi. Nie mógł pozwolić, by pozostał jakikolwiek świadek ukrycia skarbu.
Stary Franc zrozumiał co się stało. Ostatkiem sił wyszeptał - Przeklinam cię. Służyłem ci wiernie jak pies przez wiele lat. Za to co zrobiłeś obyś do śmierci pędził życie jak czarny, bezdomny pies.
Below wrócił do ciepłego pałacu, położył się spać, a nazajutrz jakby nic się nie stało pyta lokaja - gdzie jest Franc? Dlaczego go nie ma, gdzie on się podziewa?
Niedługo trzeba było czekać na realizację klątwy. Nadeszła pełnia księżyca, a Below wiercił się w swoim łóżku nie mogąc zasnąć. Swędziała go skóra, czuł się jakoś dziwnie.
Wstał, zapalił świecę stojącą koło lustra i popatrzył bezwiednie w owo lustro. Oczom jego ukazał się przerażający widok. Twarz mu się wydłużyła jak u psa, a uszy porosły sierścią. Chciał krzyknąć z przerażenia, ale z jego gardła wydobyło się okropne wycie. Całe ciało go bolało, przyjmowało postać psa i to czarnego wilczura niemieckiego.
Wybiegł przerażony z pałacu i biegał całą noc po parku wyjąc z rozpaczy. Nad ranem położył się pod niedużym świerkiem i zasnął. Rano, gdy się obudził, ze zdziwieniem stwierdził, że znowu ma postać pana i właściciela majątku Redęcin.
Tak było każdego miesiąca gdy księżyc był w pełni. Nocami było słychać wycie psa biegającego po parku. Miejscowi domyślali się czegoś i mówili, że to Below pilnuje swojego dobytku i majątku Redęcin.
Wkrótce też otrzymali na to niezbity dowód.
Stróż nocny, który pilnował dobytku i miał nocną służbę w dniu, kiedy Below i jego sługa zakopywali skarb koło cmentarza, zza drzew obserwował dwóch mężczyzn zakopujących skarb, z których do pałacu żywy wrócił jeden.
Postanowił sprawdzić, co to mogło być takiego, co by było warte życia wiernego, acz nieszczęsnego Franca. Po zrobieniu obchodu wziął szpadel i udał się na pobliski cmentarz.
Zaczął kopać - księżyc w pełni dawał wystarczająco dużo światła. Aż tu nagle usłyszał warczenie psa. Odwrócił się i zobaczył żółte ślepia bestii - czarnego psa, który niemal natychmiast uczepił się nogi stróża.
Ten krzyknął z ból, a łopatą trzymaną w ręce przywalił mocno w łeb bestii. Pies zaskowyczał i z wielkim wrzaskiem pobiegł przez park. Było słychać jego ajaj, ajaj, ajaj...
Stróżowi przeszła ochota na dalsze kopanie. Krew leciała z rozerwanej zębami bestii nogi. Kuśtykając wrócił do stróżówki. Nazajutrz rano gdy już miał wracać do domu zobaczył, jak z drzwi frontowych pałacu wychodzi dziedzic Below z owiązaną bandażami głową.
Wiedział już, że to co go ugryzło w nocy to pies - Below pilnujący skarbu.
Wiele osób próbowało znaleźć schowany skarb. Cmentarz rodowy rodziny von Below został doszczętnie zniszczony przez poszukiwaczy.
Czy znaleźli zakopaną skrzynkę? Nie wiadomo. Niektórzy mówią, że po pierwszej próbie wykopania przez stróża skrzynka zapadła się jeszcze głębiej i jest tam nadal.
I taka to opowieść O dziedzicu Redęcina, który nocami zamieniał się w czarnego psa.
Anastazjusz Tybuszewski