Noclegi w Ustce – pokoje gościnne blisko centrum
Wynajem pokoi - nocleg w Ustce
  • Strona główna
  • Domek letniskowy
  • Pokój dwuosobowy
  • Pokój trzyosobowy
  • Pokój czteroosobowy
  • Tu jesteśmy - mapa
  • Kontakt/Galeria
  • Cennik
  • Opinie
  • Facebook
  • Youtube
  • Zadzwoń/Zarezerwuj
  1. Jesteś tutaj:  
  2. Strona główna
  3. Ustka
  4. Legendy

Legenda o Ustce

  Dawno, dawno temu, kiedy Pomorzem, ba, całym światem, ( a może tylko jego północną półkulą, przecież reszta świata nie była jeszcze odkryta!) władał wszechwidzący bóg o czterech twarzach – Światowit, w małej nadmorskiej wioseczce, a właściwie osadzie rybackiej zwanej przez mieszkańców  Orzechowem z racji dużej ilości leszczynowych zagajników  porastających pobliski las, mieszkała młodziutka córka rybaka Stoisława – Dobrogniewa. Bawiła się z rówieśnikami, również córkami i synami rybaków, baraszkując  na plaży wysłanej bialutkim piaskiem, to zbierając muszelki, to budując fortyfikacje z mokrego piasku, które na czas zabawy były ich domem i królestwem na niby.

   Czasami pod koniec lata zbierali smaczne orzechy w okolicznych zagajnikach, a jesienią żołędzie, buczynę i grzyby, żeby zimą, w długie sztormowe dni, gdy nie było co do garnka włożyć, matka mogła przygotować chociaż placki z mielonej buczyny, żołędzi i orzechów. Czasami pomagała matce w reperowaniu sieci, patroszyła i przygotowywała ryby do wędzenia i suszenia, czasem wędrowała z matką przez pobliskie wioski z koszem ciężkim od ryb, by wymienić je u kmieci na zboże, lub chleb.

Ciężkie i biedne było ich życie, ale przecież w ich osadzie wszyscy właśnie tak żyli, wręcz nie wiedzieli, że można żyć inaczej, wygodniej i bezpieczniej. Tak, bezpieczniej, bo mieszkańcy schowani za obwarowaniami grodów nie byli aż tak narażeni na ataki Wikingów, napadających czasami na te okolice. Dobrze, gdy biedni mieszkańcy tracili żywność, której potrzebowali Wikingowie. Gorzej, gdy zabierali do niewoli … W obronie swojego mienia i wolności rodziny oddał życie już niejeden mieszkaniec walcząc z napastnikami.

  Toteż męska część mieszkańców, prócz rybackiego rzemiosła, wprawiała się również w wojennym fachu. Szczególnie młodzi chłopcy chętnie wymachiwali własnoręcznie wykonanymi z orzechowych prętów szablami, strzelali z łuku do kaczek i dzikich gęsi siadających w czasie wiosennych i jesiennych przelotów na odpoczynek na morskim brzegu i plaży. Polując ćwiczyli się więc w wojennym rzemiośle wzbogacając jednocześnie swój jadłospis o mięso ptaków gotowane przez ich matki w wielkich glinianych garnkach z dodatkiem wodorostów. Czasami brakowało wodorostów, więc tutejsze gospodynie dodawały zioła i korzenie  warzyw rosnących dziko wokół osady – tak właśnie powstał słynny do dziś rosół, ale to już inna historia.

  Tymczasem wśród męskiej części lokalnego społeczeństwa dorastał młody Rybosław. Coraz mniej czasu mógł poświęcać na zabawę z rówieśnikami odkąd skończył dziesięć lat. Coraz częściej ojciec zabierał go do łodzi na codzienny połów. Wiosłował więc z ojcem całymi dniami, a dłonie twardniały od wioseł, słonej, morskiej wody  i od wyciągania sieci. Mężniał więc w oczach i wyrastał na silnego i przystojnego mężczyznę o łagodnym usposobieniu, miłym uśmiechu, błękitnych jak morskie fale oczach i włosach złocistych jak piasek plaży.

Lubiły go więc dziewczęta i często zerkały na niego, gdy z  ojcem naprawiał sieci, gdy nosił do wioski ryby, a gdy wieczorem, po udanym połowie zasiadali koło ogniska rozpalanego na środku wioski, żeby poucztować wspólnie, pobiesiadować, potańczyć, nacieszyć się z udanego połowu i z tego, że łaskawy Światowit pozwolił szczęśliwie wrócić do rodzinnej wioski,  każda z nich chciała usiąść jak najbliżej Rybosława, poczuć jego ciepło i jakieś tajemnicze dobro i energię emanującą od niego.

Tymczasem on najchętniej przebywał w pobliżu jasnowłosej Dobrogniewy. Ścigał ją wzrokiem i myślami, chciał, żeby usiadła przy ognisku obok niego, ale ona jak zawsze skromna i poczciwa siadała z dala od ognia, ustępując miejsca starszym od siebie.

   Tak dorastali Dobrogniewa i Rybosław. Lata mijały, a oni coraz bardziej czuli potrzebę przebywania w swoim towarzystwie. Dobrogniewa  wypiękniała, gęste jasne włosy wypalone jeszcze nadmorskim słońcem połyskiwały jak łan pszenicy przed żniwami w upalny lipcowy dzień. Splatała je czasami w gruby warkocz sięgający do paska jej lnianej sukienki wybielonej na słońcu. Jej oczy lśniły tysiącami iskierek, gdy patrzyła na miłego jej sercu Rybosława. Czerwone, kształtne usta rozchylały się delikatnie i bezwiednie jakby zachęcając do pocałunku, gdy patrzyła na niego. Była piękna, a jednocześnie skromna i zwyczajna. To właśnie z powodu jej pięknych ust niektórzy mieszkańcy zamiast wołać na nią Dobrogniewa, lub jak jej matka  Dusia, albo Usia, zaczęli mówić na nią Ustka. I tak już zostało.

Nie znudziła Cię Legenda o Ustce? to czytamy dalej!

Rybosław jednak nie poddawał się panującym w osadzie trendom i nazywał ją po swojemu.Gdy była w dobrym nastroju, mówił na nią Dobrusia, gdy czasami, choć raczej rzadko spóźniał się na spotkanie i była zła, mówił do niej Gniewusia. Coraz częściej  wolne chwile spędzali razem, razem naprawiali sieci, Dobrogniewa – Dobrusia przynosiła mu wodę do picia gdy pracował na plaży przy budowie własnej łodzi do połowu ryb. Był już dorosły, a każdy dorosły, myślący o założeniu własnej rodziny musiał być samodzielny. Inaczej rodzice Dobrusi – Usi nie oddadzą mu jej za żonę. Starał się więc, dłubał w grubym pniu swoją własną łódkę, a razem z ukochaną tkali własne sieci do połowu ryb.

    Nadszedł wreszcie długo oczekiwany dzień, kiedy młody Rybosław  wypłynął na samotny połów, by złowione samodzielnie ryby podarować rodzicom swojej ukochanej w dowód tego, że jest w stanie utrzymać ich dwoje, a w przyszłości, zgodnie z panującymi zwyczajami,  gwałtownie powiększającą się rodzinę.

   Rybosław zepchnął swoją łódź do wody, wskoczył do niej i zanim chwycił za wiosła, popatrzył w stronę brzegu, gdzie stała jego Dobrogniewa zwana przez okolicznych mieszkańców Ustką z racji jej wyjątkowej urody. Ta pomachała mu z uśmiechem, powiosłował więc żwawo kierując łódkę w stronę słońca wschodzącego w miejscu, gdzie woda styka się z niebem. Stała długo patrząc na oddalająca się łódź ukochanego i coraz większy niepokój zaczął wypełniać jej serce, a może to była już tęsknota? Ledwo się rozstali, a już za nim tęskniła? Nie wiadomo.

   Dzień dobiegał końca. Słońce chyliło się ku zachodowi, część jego czerwonawej tarczy schowała się już w morskiej wodzie, morze szumiało monotonnie i uspokajająco. Ustka ciągle wpatrzona w horyzont wypatrywała łodzi Rybosława. Niepokój stawał się coraz większy. Obawiała się, czy ukochany złowił cokolwiek, czy nic mu się nie stało, czy morskie potwory, o których słyszała tyle legend nie zrobiły mu krzywdy? Czy nie napadli go piraci, albo Wikingowie? Niech już wraca, nawet bez ryb, ale niech wraca – myślała.

Tymczasem  Rybosław  wyciągnąwszy sieć pełną  ryb, postanowił ponownie ją zarzucić. Było jeszcze dość wcześnie, do brzegu, którego zarys widział na horyzoncie  dopłynie choćby nagle pogoda się  zmieniła. Znowu wyciągnął pełną sieć. Łódka ledwo unosiła się na wodzie obciążona do granic możliwości. No teraz na pewno rodzice Dobrusi – Ustki nie odmówią mi jej ręki – pomyślał zadowolony z wyjątkowo obfitego połowu.

Nagle łódka zachwiała się, mimo braku fali, jakby ktoś potężny, niewidzialną siłą nacisnął mocno na burtę łodzi. Zanurzyła się w wodzie, wyprostowała, zachwiała ponownie, lecz do środka nalało się  trochę wody. To wystarczyło, by przeciążona łódź zaczęła powoli znikać w morskich  głębinach. Rybosław postanowił ratować się, chwycił drewniane wiosło, dzięki któremu unosząc się na powierzchni zamierzał dopłynąć do brzegu. Jednakże nogi utkwiły w zwojach zebranej właśnie sieci. Próbował uwolnić się, wierzgał nogami, ale to powodowało, że jeszcze bardziej zaplątywał się w sieć , którą tak misternie wspólnie z Ustką utkali. Zanurzał się wraz z łodzią coraz głębiej i głębiej w coraz bardziej ciemną wodę…

  Patrzący na tą scenę, na ten dramat bóg Światowit o czterech twarzach, a każda skierowana w inną stronę, podniósł do góry w geście tryumfu swój trójząb, którym przed chwilą wywrócił łódkę Rybosława. Nie dostanie Ustki za żonę. Ja jako bóg nie mogę połączyć się z żyjącą istotą ludzką, ale kochając tą piękną i czystą Dobrogniewę – Ustką nie pozwolę, by mi ją zabrał jakiś śmiertelnik – myślał. Inna jego twarz zwrócona w stronę brzegu patrzyła na stojącą na brzegu Ustkę.

   Zapadał zmierzch, rodzice  zaniepokojeni przyszli po nią, a wraz z nimi reszta mieszkańców wioski. Na morzu nie było widać żadnej powracającej do domu łodzi.

Nazajutrz Ustka znowu wyszła na pobliski klif, znowu wypatrywała oczy, a łzy rozpaczy wypływały z jej błękitnych jak pogodne niebo oczu. Od dnia, kiedy ostatni raz widziała swojego Rybosława codziennie wychodziła na plażę w nadziei na spotkanie. Jej łzy spadały na piasek plaży przesiąkając go, aż w końcu wypłynęły w postaci niewielkich strumyków wpływających do morza. (Jeden z nich do dziś wpływa do morza w okolicach Orzechowa).

Nikt już nie widział uśmiechu na pięknej twarzy Ustki. Zasmucona, zrozpaczona, weszła pewnego dnia do wody, wypatrując na horyzoncie znajomego kształtu łodzi Rybosława. Wchodziła do wody coraz dalej i dalej, jakby chciała zbliżyć się do horyzontu, jakby to on skrywał wizerunek łodzi jej ukochanego. Nagle pod stopami zabrakło miałkiego piasku. Zapadała się w wodę, zakryły ją fale …

Ustka poczuła otulającą ją błogość, jakby jedwabna chłodna i delikatna pierzynka  z morskiej pianki otaczała jej ciało. Chciała iść dalej, lecz nie mogła ruszać nogami. Zdziwił ją ten stan.  Popatrzyła w dół i ze zdziwieniem zobaczyła, że jej piękne długie nogi złączone są razem, jakby zrosły się nagle i pokryła je rybia łuska, a tam, gdzie do niedawna były jej stopy, pojawił się rybi ogon.

   Tak oto zazdrosny o miłość Ustki do Rybosława Światowit  zamienił ją w syrenkę, która pojawia się podobno samotnie na bezludnej dzikiej plaży koło Orzechowa, by sprawdzić, czy nie wrócił jej Rybosław. Każdy, kto wieczorową porą spotka wychodzącą z wody piękną nieznajomą może być pewien, że to legendarna Ustka.

Stąd to w herbie Ustki syrenka Dobrogniewa zwana Ustką z racji jej pięknych ust, a każdy, kto zamoczy nogi w orzechowskim strumyku powstałym w miejscu, gdzie na piasek upadły łzy stęsknionej Ustki, może zostać nagle porażonym przez  wielkie uczucie – miłość.

   Było to dawno temu, kiedy zazdrośni bogowie władali ziemią, teraz to inne czasy, nie bójcie się więc miłości.

Wejdźcie śmiało do orzechowskiego strumienia, a może i was ogarnie to niesamowite uczucie…

I tak kończy się 

Legenda o Ustce i usteckiej syrence

Legenda o  Ustce

 

  Autor - Anastazjusz Tybuszewski

Przeczytaliście właśnie artykuł "Legenda o Ustce". 

Chcesz poznać więcej legend pomorskich? Czekają na Ciebie - Pomorskie Legendy

 

 

 

O bałtyckiej syrence Lorelai

   W czasach, gdy na ziemi żyły wielkoludy, cyklopy o jednym oku pośrodku głowy, pegazy czyli latające konie, oraz trzygłowe smoki, w wodach Bałtyku żyła sobie syrenka.

A na imię miała Lorelai.

   Pływała całymi dniami w morzu, bawiła się z rybami i fokami, a gdy jej było smutno, wychodziła na brzeg i przepięknym głosem śpiewała wijąc przy tym wianki z kwiatów nadbrzeżnych łąk.

Skrywała się przed ludźmi, choć bardzo ją do nich ciągnęło, tęskniła za nimi, lecz ludzie, gdy zobaczyli piękną Lorelai uciekali w popłochu widząc, że nogi ma zrośnięte, zakończone rybim ogonem i pokryte łuską. Chowała się więc najczęściej w szuwarach, niedostępnych dla ludzi miejscach i śpiewała, ach jak pięknie śpiewała...

   Legenda o bałtyckiej syrence Lorelai krążąca po nadbałtyckich miasteczkach i osadach głosiła, że to księżniczka z darłowskiego zamku zaklęta przez złego czarownika, którego zaloty odrzuciła.

Wielu rybaków słysząc piękny głos, jak zaczarowani, nie bacząc na grząskie nadbrzeżne błota, szło za głosem, szli do Lorelai, co niejeden przypłacił życiem tonąc w morskich głębinach lub nadbrzeżnych bagnach.

Pewnego słonecznego poranka siedziała na nadbrzeżnym głazie, wygrzewała w słonku i wijąc kolejny wianek przepięknie śpiewała. Usłyszał jej cudny głos przechodzący niedaleko młody rybak Jarosław z Jarosławca. Podszedł bliżej, w nadziei, że zobaczy którąś z praczek z jego wioski. Cichutko przekradał się przez trzciny. Już był blisko, jeszcze tylko kępa trzcin dzieliła go od właścicielki anielskiego głosu, gdy stanął nieostrożnie, woda chlupnęła. Usłyszała to czujna syrenka i przestała śpiewać.


Zawołała - kto tam?

To ja - Jarosław - krzyknął rybak.


Nie znam cię. I nie zbliżaj się - jestem naga - krzyknęła.


   Dobrze, nie będę cię podglądał, ale proszę, zaśpiewaj mi jeszcze raz swoją piosenkę i wtedy odejdę - powiedział Jarosław.


   Lorelai zaśpiewała swoją ulubioną piosenkę, tak piękną, że okoliczne ptaki przestały śpiewać wsłuchując się w jej głos i melodię. Oczarowany pieśnią i słodkim głosem Jarosław odszedł, tak jak obiecał, lecz cały dzień nie mógł o tym porannym wydarzeniu zapomnieć.

   Znajomi ostrzegali go - masz szczęście, że nie ujrzałeś Lorelai. Najczęściej śmiałek, który zobaczył syrenkę, albo podąża za jej głosem i ginie w morskiej głębinie, albo tonie w przybrzeżnych bagnach.  Nie próbuj więc sprawdzać, czy to była zwykła dziewczyna, czy legendarna syrenka.

   Nazajutrz Lorelai znów zapragnęła poleżeć na nadbrzeżnym głazie, a może zatęskniła za rozmową z człowiekiem, który spełnił obietnicę i oddalił się, nie jak inni, którzy mimo wcześniejszych obietnic nie odchodzili, a wręcz szli za jej głosem tonąc w morzu. Nie wiadomo.

   Wygrzewała się więc na słonku i jak zawsze śpiewała. Jarosław wracając z nocnego połowu z siecią przerzuconą przez ramię postanowił skręcić w ścieżkę wiodącą w kierunku głazowiska, gdzie wczoraj słyszał piękny głos syreny. Znów go usłyszał, a zbliżywszy się na bezpieczną odległość, by nie wystraszyć nieznajomej usiadł na brzegu i słuchał.

Gdy syrena przestała śpiewać krzyknął do niej

- Witaj pięknogłosa nieznajoma! Jarosław z Jarosławca cię pozdrawia.

   Syrenka ucieszyła się z jego obecności, rozmawiali więc chwilę, pytała go o wioskę, o to co robi i czy udał się połów, a gdy Jarosław zapytał ją skąd jest i co tu robi, nabrała wody w usta i zanurzyła się cichutko w morskiej toni. Było jej smutno, że nie może mu opowiedzieć o sobie. Przestraszy się mnie, gdy mu powiem, że nie jestem kobietą, że jestem syreną i żyję w morzu - pomyślała.

   Nazajutrz znów była w tym samym miejscu, tym razem czekała już na Jarosława. On zaś jakby wiedziony instynktem znów wybrał dłuższą drogę do Jarosławca, by znów posłuchać Lorelai.

Tak było co dzień, aż pewnego dnia słońce nie wzeszło nad horyzontem, nie rozgrzało nadbrzeżnych kamieni, gdzie wygrzewała się syrenka. Ciemne chmury zasnuły niebo, lunął ulewny deszcz, który padał bez przerwy kilka tygodni. Nie wrócił do domu Jarosław. Przestała też wabić rybaków swym pięknym głosem syrenka Lorelai.


  Miejscowi zaczęli to sobie tłumaczyć, że Jarosław zakochał się w Lorelai, a ona w przystojnym Jarosławie. Nie mogli mieszkać razem wśród ludzi, więc syrena zabrała go do swojego królestwa i że żyją teraz szczęśliwi na dnie Bałtyku.


Czy to prawda? Nie wiadomo. Faktem jest, że legendarna syrenka Lorelai nie pokazuje się od tamtej pory na brzegu, nie wabi już śpiewem rybaków, żeglarzy i wędrowców, którzy bezpiecznie wracają do domów.

O bałtyckiej syrence Lorelai

 Jeśli podobała Ci się legenda 

O bałtyckiej syrence Lorelai

polecam do przeczytania inne legendy - Pomorskie legendy

Anastazjusz  Tybuszewski

 

Więcej legend mojego autorstwa

Tajemnica Jeziorka Duchów zwanym Seekenmoor

   Według wierzeń tubylczej ludności w jeziorku o niemieckiej nazwie Seekenmoor co w dowolnym tłumaczeniu brzmi jezioro duchów mieszkały złe duchy.

Wszyscy mordercy i złoczyńcy większego kalibru z okolicy Ustki odbywali tu karę, czy pokutę, chociaż trudno nazwać pokutą topienie ludzi, którzy zjawili się tu w nieodpowiednim czasie, a zwłaszcza o nieodpowiedniej porze.

   Złe duchy tu mieszkające miały za zadanie uśmiercić każdego, kto po północy zjawi się nad jeziorkiem Seekenmoor. I tak też robiły. Utopienie człowieka było zadaniem, które uwalniało od kary przebywania w mrocznych wodach jeziorka i zamieszkujące tu złe dusze jedna przez drugą chcąc się uwolnić z bajora wabiły, a później topiły nierozważnych, którzy zapuścili się tu o późnej nocnej porze. Tajemnica Jeziorka Duchów zwanym Seekenmoor

   Zła sława tego miejsca znana była okolicznym mieszkańcom od dawna. Niejeden spóźniony wędrowiec pukał do drzwi karczmy w Ustce z obłędem w oczach i włosem postawionym pionowo ze strachu. Jedni opowiadali o kozie, która gryząc, kopiąc i bodąc zapędzała ich do bagna, inni widzieli błędny ogień po drugiej stronie jeziorka, co powodowało, że wędrowiec myśląc, że dotarł do siedziby ludzkiej szedł do ognia i tonął w mrocznych wodach jeziorka  duchów. Inni widzieli samego diabła, który zionąc siarką próbował zagonić ich do wody. Przygody z duchami dotyczyły głównie wędrowców i ludzi biednych, oględnie mówiąc plebsu, dlatego też dziedzic z Lędowa (niemiecka nazwa Lindow) nie zwracał na te bajania uwagi.

   Pewnego razu załatwiając duży interes z jednym z armatorów z Ustki, którzy kupowali od niego zboże na eksport do Anglii zwyczajnie po męsku "zabradziażył" w karczmie. Woźnica przestępował z nogi na nogę, miętosił w rękach czapkę, nerwowo skubał wąsy, gdy na dworze zaczęło zmierzchać. Zaglądał do karczmy, poprawiał uprzęż przy powozie, skubał wąsy i znów zaglądał do karczmy dyskretnie obserwując, czy jego pan skończył już rozmowę z dużym udziałem wody rozmownej.

 

  Jednak dziedzicowi się nie śpieszyło. Taki interes jak sprzedaż zboża zdarza się tylko raz w roku, więc gdzie się śpieszyć i do kogo? Małżonka i tak będzie mu robić wyrzuty, więc skoro ma od niej wysłuchiwać, to przynajmniej niech wie za co. W głowie szumiało mu mocno, na miękkich nogach wyszedł z karczmy. Woźnica pomógł mu wsiąść do powozu, sam szybko wskoczył za kozioł, podciął batem konie i jazda byle szybciej do domu.

   Zbliżała się północ, ale liczył, że jeszcze zdążą przejechać koło jeziora duchów zwanego Seekenmoor. Podkute kopyta koni zadudniły złowieszczo na moście przez Słupię, gdy opuszczali Ustkę. Ciarki przeszły woźnicy po plecach, gdy pomyślał co go czeka. Przejazd drogą nad jeziorkiem duchów. Zaczął się modlić. Ciemno było choć oko wykol, ale konie znały drogę do domu, szły same. Johan stary woźnica pana z Lędowa zawiązał lejce na koźle naciągnął czapkę, bo jakby włosów na głowie zrobiło się więcej i ciągle się zsuwała. Złożył ręce i modlił się najżarliwiej jak umiał.

  Jakoż i dojechali do Seekenmoor, bo słychać było kumkanie żab. Johan skupiony na modlitwie jakby tego nie słyszał. Wtem z modlitwy wyrwało go rżenie koni i plusk wody. Zerwał się na równe nogi i o mało nie upadł. Konie rżały i szarpały się zanurzone już po szyje w wodzie. Do powozu wdarła się woda. Spojrzał z przerażeniem na pana, który spał smacznie na tylnym siedzeniu. Przeskoczył przez kozioł do niego i zaczął szarpać. W końcu złapał pana za ubranie i nadludzkim wysiłkiem wyrzucił w kierunku brzegu. Wóz już tonął. Konie rżały przerażone, a ciężki wóz wciągał je swym ciężarem w głębinę. Zawołał nieśmiało - Boże ratuj i wyskoczył z tonącego wozu.

   W wodzie ręka trafiła na coś twardego. Był to korzeń sosny rosnącej na brzegu. Podciągnął się za jego pomocą i jakoś wygramolił z bagna. Jego pan leżał na piaszczystym brzegu i coś mamrotał nie wiedząc co się stało. Na wodzie zaś po powozie i koniach zostały tylko rozchodzące się coraz dalej zanikające kółka. Po powierzchni  jeziorka pływał bat...

   Razem z panem, który nagle otrzeźwiał doszli do karczmy, z której niedawno wyjechali. Stary Żyd aż ręce załamał, gdy ich zobaczył.

  I tak oto człowiek z wyższej klasy społecznej doświadczył kontaktu ze złymi duchami zamieszkującymi jezioro duchów Seekenmoor.

Od tej pory dziedzic z Lędowa przestał lekceważyć legendy i gminne opowieści. Wiernego sługę Johana nagrodził za uratowanie życia dając mu włókę ziemi.

   Podobno przed złą mocą duchów chroni dziwna, rzadko występująca roślina zwana czarcim zielem, ale trudno je znaleźć, a poza tym lepiej nie ryzykować i nie zapuszczać się w te rejony po północy by nie spotkał nas zły los.

Anastazjusz Tybuszewski

Więcej legend na tej stronie poznasz tu - Pomorskie legendy

TAJEMNICA JEZIORKA DUCHÓW ZWANYM SEEKENMOOR została wyjaśniona?

O piracie Johansonie

Jedna z pomorskich legend z okolic Ustki

opowiadająca historię i życie mieszkańców nadmorskiej wioski rybackiej popularnych latem Rowów.

O piracie Johansonie

   Dawno, dawno temu, albo jeszcze dawniej młody Gniewomir wędrował brzegiem morza, zbierając do woreczka co ładniejsze muszelki i kawałki bursztynu. Jantar, czasem zwany przez tubylców łzami Bałtyku, sprzeda ojciec arabskim kupcom, przybywającym każdego lata do Rowów- jego rodzinnej wioski.

   Dziś nie popłynął łodzią z ojcem na połów. Jego brat Wodosław zastąpił go przy wiosłach.

 Bursztyn, jantar, łzy Bałtyku - to cenniejszy towar niż suszone i wędzone ryby. Nie psuje się i łatwo go przechować, a Arabowie nieźle płacili, gdyż korale i ozdoby wykonywane przez nich z tego kruszcu miały moc czarowną, jakby dobry duch ukrył się w tych brązowych i lekkich kryształkach połyskujących w słońcu, a dających zdrowie i szczęście.

   Chroniły też podobno przed złymi czarami, toteż na szyi Gniewomira dyndał spory kawałek nawleczony na rzemień. Wędrując wzdłuż brzegu, zbierał  bursztyn wyrzucony po wczorajszym sztormie.

   Nagle w oddali zobaczył coś dużego, leżącego na piasku.  Pewnie to foka - pomyślał, zbliżając się do owego nieruchomego kształtu. Ciekawość Gniewomira narastała, gdy zbliżał się, a domniemana foka nie uciekała przed nim do wody. Gdy podszedł bliżej zobaczył, że to nie foka, lecz człowiek leżący na brzegu bez ruchu.

   Podbiegł i próbował podnieść leżącego, ale był on zbyt duży i ciężki. Przewrócił więc niedoszłego topielca na plecy i pobiegł do Rowów po pomoc. Przybyli na brzeg ludzie poznali po ubraniu, że to marynarz, a brak jednej ręki i opaska na oku wskazywały, że to weteran. 

   Zostawmy go tu, niech go mewy rozdziobią - mówili jedni.   Tylko kłopotów z piratami nam tu potrzeba!  Uratujmy go, przecież to człowiek - mówili inni.

  Głos zdrowej części społeczeństwa Rowów przeważył, zabrali go więc do wioski, wioząc na wozie zaprzężonym w powolne woły. Życia w niedoszłym topielcu było niewiele, toteż kurowała go stara znana znachorka zwana Rową.

   Jej rodzina od lat zajmowała się leczeniem i czarami. Niektórzy z członków jej rodziny, zwłaszcza kobiety, przypłacili te praktyki uwięzieniem w słupskiej wieży, zwanej wieżą czarownic. Tak więc ród Rowów bardziej medycyną się zajmował niż czarami - to tak dla własnego bezpieczeństwa.

   Zasłynęły więc Rowy ze znachorskiego rzemiosła, przyjeżdżali tu chorzy z całego kraju, by się leczyć z różnych przypadłości.

   Tymczasem rozbitek karmiony zupa rybną i ziołami słynnej w rodzinie Rowów Ziuty Zielarki, wracał do zdrowia. Namiestnik księcia przyjechał nawet ze Słupska, by przesłuchać nieznajomego i sprawdzić, czy to nie pirat, których wieszano na starym sądnym dębie, rosnącym przed wjazdem do wioski.

  Dawno już nie złapano żadnego pirata. Rabusie z rzadka zapuszczali się do niebogatej wioski, toteż część gawiedzi rządna rozrywki krzyczała w stronę wjeżdżającego do wsi namiestnika:   To pirat, powieś go panie!

   Tymczasem namiestnik księcia postanowił dogłębnie zbadać sprawę i wydać sprawiedliwy wyrok. Przyprowadzono więc rozbitka przed oblicze namiestnika, który ze srogim obliczem godnym wysokiego urzędnika zapytał:  - Jak się zwiesz i skąd pochodzisz ?

   - Jestem Johanson, syn pirata Johansona, słynnego wikinga napadającego na nadbałtyckie wioski i statki płynące ze zbożem. Postanowiłem zaprzestać uprawianie pirackiego rzemiosła, gdy zobaczyłem, jak ciężką jest praca rybaków, jak trudno im zdobyć żywność, jak biedne życie prowadzą. Za to, że mnie uratowali, postanowiłem im pomóc i jeśli szanowny namiestnik pozwoli - będę bronił wioski przed atakami piratów i rabusiów, ciężką pracą odkupię swoje dawne winy, a gdy umrę, chcę, by moje ciało spoczęło w tej ziemi, na której tak o mnie zadbano i uratowano od śmierci.

   Namiestnik przystał na propozycję jednorękiego Johansona, który postanowił zmienić swoje dotychczasowe życie i odkupić swoje winy, pomagając miejscowej ludności.

    Odtąd bezpiecznie żyło się mieszkańcom Rowów.

Wioski, której bronił jednoręki, jednooki, jednozębny były pirat Johanson.

I tak skończyła się legenda 

O jednorękim,  jednookim,  jednozębnym  piracie  Johansonie

   Anastazjusz Tybuszewski

Więcej legend mojego autorstwa - Pomorskie legendy



Legendy

Pomorskie legendy

Większość z nas zapewne zna dobrze legendy poznane w dzieciństwie - o wawelskim smoku, o warszawskim bazyliszku, o krakowskim hejnale.

Przedstawiamy naszym czytelnikom kilka pomorskich legend związanych z morzem, plażą, statkami i morskimi rabusiami - piratami.

Legenda o Ustce

Legenda o bałtyckiej syrence LORELAI

Kamienna wyspa na jeziorze Gardno

O piracie Johansonie 

Legenda o chytrym rybaku Trzęsaczu

O rycerzu z Duninowa koło Ustki

Legenda o Kaszubonoszu

Rycerz spod Ustki, który stracił głowę

Jak dwie siostry syrenki przechytrzyły Lewiatana

Tajemnica usteckiego Jeziorka Duchów

O dziedzicu Redencina, który nocami zamieniał się w czarnego psa

Jak Bryzga Rosowa wyprowadziła Lewiatana na Atlantyk

Legenda o bałtyckich syrenkach 

O rycerzu i syrence z różami

Większość miejsc opisanych w tych legendach istnieje naprawdę. Część z wydarzeń przedstawionych w pomorskich legendach miało miejsce w przeszłości. Jak choćby ścięcie rycerza Winterfelda z Zimowiska koło Ustki na rynku w Sławnie.

  Niektóre miejsca i znaki możemy oglądać do dziś jak choćby wypływające w okolicy Orzechowa koło Ustki strumyki zwane źródłami Bałtyku, albo odcisk kopyta diabła w kamieniu wmurowanym w mury kościoła w Smołdzinie. Syrenkę opisaną w legendzie możemy oglądać na herbie Ustki, a jej pomnik odsłonięty 15 sierpnia 2010 w porcie w Ustce. Również opis zwyczajów Kaszubów dotyczący zażywania tabaki jest jak najbardziej prawdziwy. Które z opisanych zdarzeń obrosły legendą, a które są prawdziwe - ocenę pozostawiamy czytelnikom.

Jeśli zaś udało nam się pobudzić Państwa wyobraźnię, zapraszamy do przedstawienia własnych wersji wydarzeń i pomorskich legend. Przedstawimy je szerszemu gronu czytelników na stronach naszego portalu.

A jak powstają legendy?

A choćby z takiego powodu.

   Pewnego razu po sutym obiadku leżę sobie na wersalce na Klonowej 1 w Ustce i zaczynam przysypiać.  Najpierw jak przez mgłę, a później coraz wyraźniej widzę zbliżającą się do mnie postać. Jaśniejąca poświatą i jakby miała coś na kształt skrzydeł wystających zza pleców. Podchodzi do mnie ta tajemnicza postać i anielskim głosem wymawia moje imię - Anastazjuszu...

   Ale może zacznę od początku.

  Było to tak.  Wyszedł Pan Bóg przed chałupę, krzyknął na anioła -

- e chono tu.

I mówi do niego tak.

Słuchaj Józek, Wiesiek, Zdzisiek, Mietek czy jak ci tam. Pójdziesz na ziemię i poszukasz Anastazjusza. Zadasz mu jedno pytanie, które zadaję standardowo każdemu, kto do mnie trafia do osądzenia. Jemu daję szansę -  zadam mu to pytanie twoimi ustami jeszcze za życia  na ziemi.

Śpię po obiedzie i przez sen widząc jaśniejącą postać słyszę jak mnie woła - Anastazjuszu!

Jestem tu - słucham - odpowiedziałem.

Anastazjuszu - co zrobiłeś ze swoim talentem?

Ledwo wybrzmiało to pytanie obudziłem się zlany potem i przypomniałem sobie biblijną przypowieść o panu, który udając się w daleką i długą podróż rozdał swoim sługom talenty - (taka moneta dużej wartości).

  Zastanawiałem się o jaki talent mogło chodzić w tym śnie. Usiadłem i opisałem to co mi się przyśniło.

I tak powstają legendy.

Anastazjusz Tybuszewski

Legendy

 



Strona 2 z 2

  • 1
  • 2

Co warto zobaczyć w Ustce

  • Port Ustka
  • Muzea
  • Latarnia morska
  • Kładka portowa
  • Muzeum Ziemi Usteckiej
  • Muzeum Bursztynu
  • Muzeum Chleba

Ciekawostki

  • Legendy
Copyright © 2026 Ustka noclegi. Wszelkie prawa zastrzeżone.